20.6.16

zjawa

Zaskoczył mnie, kiedy piłem piwo. Zjawił się tak nagle, puszka aż podskoczyła mi w rękach i się wylało.
Widok z góry był piękny. Rzeka brała właśnie zakręt, słońce odbijało się w nim milion razy.
Już wcześniej miałem złe przeczucie. Odkąd przeszedł ten starzec. Zgarbiony, ręce trzymał z tyłu i miał w nich smycz, ale psa nigdzie nie było.

Przebieraniec chciał wlepić mi mandat. Cały na czarno mimo trzydziestu słońc w cieniu musiał być nieźle wkurwiony. Z miną srogą jak wyrocznia objawił mi, że:

- Nie wolno spożywać alkoholu w miejscach publicznych.
Wyglądał jak spocony pączek. No to powiedziałem:
- O ile wiem, picie jest zabronione, ale tylko na ulicach, placach i w parkach. A tu mi na żadne nie wygląda.
I jeszcze, żeby się przesunął, bo mi widok zasłania.
W tej śmiesznej ustawie nie ma przecież nawet takiego określenia. Wkurwił się jeszcze bardziej, warknął jak naprawdę zły pies.
- Nie cwaniakuj, młody. To jest park.
- Tak? To niby jak nazywają się te chaszcze? Czyjego imienia? Co?
- To JEST park.
- Dupa tam. Nie ma nazwy, nie ma parku. Poza tym to nie jest moje. Zajrzałem, nie wiem nawet, co jest w środku, może deszczu napadało. Stało tam - Pokazuję. - i byłem ciekaw. No i ty się pojawiłeś, ostojo moralności.

- Dawaj to! Dostaniesz mandat.
I wyciąga paluchy po moją puszkę.
- Czekaj! - protestuję i zasłaniam ją ciałem. Nie po to płacę, żeby mi wylewał. Nie oddam!
Ale stary spurpurowiał. Zagotował się i pcha łapę.
- Gdzie!
Odpycham go i zaczynamy się szarpać. Wytrąca mi puszkę z rąk.
- Ty szujo!
Ruszam na niego jak tur. Jak żubr. Jak lokomotywa.

Z zaskoczenia zawsze działa i on też zdąża się tylko zdziwić. Popycham to cielsko, aż upada metr dalej. Parówa leży, gramoli się jak żuczek, nie może wstać. Wtedy trzeźwieję. Myślę, co ja, kurwa, robię? Głupio mi i wyciągam rękę, żeby mu pomóc.
- Sorry, stary. Głupio jakoś wyszło i wiesz… Ej! Co ty?
Kajdanek zatrzaskuje się na moim przegubie. Na drugim stróż porządku zaciska paluchy. Przegrałem.
- No dobra, to chociaż pomogę ci wstać.
Patrzy nieufnie, ale korzysta z pomocy. Siadamy na ławce. Mój gość domyka kajdanki, jesteśmy związani.
Co za wtopa, myślę, ale mówię:
- Wszystko ok?
Kiwa głową i dalej dyszy jak parowóz.
- Widzę dawno nie miałeś takiej interwencji.

Śmieję się. Jest stary i gruby. Już ma ochotę się zeźlić, ale też przechodzi w śmiech. Zaczyna kaszleć gruźlicą.
- Astma - wyjaśnia wreszcie.
- Chusteczkę?
Wyjmuję z kieszeni, żeby wytarł łzy.
- Dziękuję. Pięknie tutaj.
Rzeczywiście woda skrzy się w promieniach, tworząc hologramy.
- Nigdy tu nie byłeś?
- Byłem. Ale nie siedziałem na tej ławce. Dopiero stąd to widać.
- Mówiłem ci. To znaczy nie mówiłem, ale miałem na myśli. Dlatego tu siedzę.
Przez chwilę patrzy, wzdycha.
- Z tym piwem to miałeś rację. Ale napadłeś na mnie. Będę musiał cię zabrać.
- No.
- Skąd wiedziałeś? Studiujesz prawo?
- Nie, angielski. To wikipedia.
- Zaraza.
- Dlaczego w ogóle zawsze to powtarzacie? To miejsce publiczne. Przecież w ustawie nic takiego nie ma.
- Tak trzeba, nie interesuj się.
- W ogóle po co to wszystko?
Coś we mnie pęka. Czuję, że wreszcie mam. Dorwałem osobę, która jest odpowiedzialna za to wszystko, która podtrzymuje złowrogi aparat państwowy, ład i porządek, który tłamsi jednostki jak ja. Przecież tacy jak on sprawiają, że taśma się kręci, maszyna działa dalej.

On w tym momencie dostrzega stertę puszek. Rzut oka na tę przy mojej nodze i oto widzę na jego twarzy, jak w głowie rodzi się wniosek.
Ja przypominam sobie z kolei, ze jestem pijany i miałem wcześniej okropny dzień. A teraz jednocześnie chce mi się śmiać i jest trochę głupio.
- Posprzątam. Jak tylko wyjdę z więźnia.
- Oczywiście. Na pewno schowałeś je w krzakach, żeby potem posprzątać. Znam ja takich jak ty. Wy nigdy nie sprzątacie.
- Może chciałem je schować przed takimi służbistami jak ty…
Istotnie na słowo służbista robi się bardziej czerwony.
- ...którzy zjawią się, żeby je wszystkie policzyć i każdą pomnożyć przez co najmniej sto złotych. Którzy przyłażą i trują człowiekowi spokój.
Mam ochotę pójść dalej jak Ginsberg: którzy dławią się pałą aparatu rządzącego, bo tak głęboko wepchnięto im ją do gardła, którzy robią kariery, którzy kradną czas.
- To moja praca.
- O! Właśnie o tym mówię. Po co być człowiekiem, jak można robotem? O, przepraszam. Pracownikiem. Wiesz, musiałem ostatnio pójść z psem na pogotowie. Pies ledwo żywy, nie wiem, co się dzieje. Trzeba go prawie nieść. Wnoszę więc sierść do autobusu, żeby mu ulżyć i sobie podjechać te trzy przystanki. Ale gdzie tam. Nigdzie nie pojedziemy. Kierowca, typ z wąsem, za który już powinno się go skazać, obwieszcza przez głośnik, że pies bez kagańca i proszę wysiąść. Pies leży, jakby miał zaraz zejść. Ech, właśnie tacy ludzie psują Ziemię.
- I co? Zdechł?
- Przeżył. Ale buraczki prawie go zabiły. Bardzo im szkodzą. Podobnie jak czekolada czy rodzynki.
- To też wiesz z internetu? Kiedyś ludzie to się przynajmniej znali na czymś konkretnie.
- Teraz znają się na wszystkim.

- Właśnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

tak?